Domus (pre-)Sovieticus

Zmiany, jakie zachodzą w społeczeństwie, mogą być w znakomity sposób odzwierciedlane przez architekturę, która pomimo upływu czasu, trwa. Na Białorusi jedną z rzeczy, która zadziwiała mnie najbardziej było pokojowe współistnienie dwóch zupełnie odmiennych epok, jeśli chodzi o budownictwo. Mianowicie tradycyjnych drewnianych domostw, które nieodzownie kojarzą się z lokalnym folklorem oraz monumentalnych, szarych socjalistycznych osiedli, jakie nieraz można spotkać jeszcze w Polsce. I nie dziwił wcale fakt, że na wsiach przeważały kolorowe domy, a w miastach blokowiska, lecz to, że te pierwsze współistniały z drugimi, w jednym miejscu, nieustępliwie, stanowczo. Betonowe konstrukcje wyrastające zza delikatnych bajkowych domków to codzienny widok w białoruskich miastach. Dla mnie było to coś zgoła nowego.

Oprócz pierwszego zdjęcia zrobionego na drodze międzymiastowej, reszta zdjęć tradycyjnych domów pochodzi ze Smorgonia.

DSC_5976.jpg

 

DSC_4364.jpg

 

DSC_5931

 

DSC_5882.jpg

 

DSC_5918.jpg

 

DSC_5917.jpg

 

DSC_4205.JPG

 

 

 

 

DSC_4382.jpg

 

DSC_5936.jpg

 

DSC_5924

 

DSC_5862

 

DSC_5830

 

DSC_5886.JPG

 

DSC_5920rtr.jpg

 

CSC_4270hjk.jpg

 

CSC_4821.jpg

 

CSC_5563

 

CSC_6110.JPG

 

CSC_5561.jpg

 

CSC_6013.jpg

 

CSC_5562

 

DSC_5893.jpg

 

jhgj

 

DSC_5911khkjn.jpg

 

DSC_5804.jpg

 

DSC_4856.jpg

 

DSC_5875

 

 

 

 

 

Reklamy

„A czemu ty tak śmiesznie mówisz…?”

Mój czas na Białorusi powoli zbliża się ku końcowi, a ja nawiązuję coraz głębszą nić porozumienia z dziećmi. Te starsze praktykują ze mną angielski, ja natomiast ćwiczę rosyjki z tymi młodszymi. Chociaż „ćwiczę” to za duże słowo – stosuję kilkanaście wyuczonych zwrotów i słów, a często mówię po polsku z rosyjskim akcentem, intuicyjnie przeinaczając słówka; czasem udaje mi się trafić, a czasem wymyślam nowe. Ale dzieci mnie rozumieją i to jest najważniejsze. Choć ostatnio siedząc przy jednym stole, kiedy powiedziałam ile mam lat, wszystkie wybuchnęły śmiechem…”Jak to możliwe, przecież ty mówisz jak małe dziecko!”.

A czym się ostatnio zajmowaliśmy?

Kwiat – gwiazdaDSC_5123

DSC_5126

Robienie pudełek dekoracyjnych

DSC_5659

DSC_5664.jpg

Gołąbek z wiadomością

DSC_5613

DSC_5618

DSC_5625

Ponadto, ostatnio przeprowadziłam prelekcję – slajdowisko na temat moich podróży po Azji. Opowiadałam o różnicach kulturowych, o rzeczach poważnych i zabawnych. Wiele z tych dzieci nigdy nie było za granicą, a nawet w górach – najbliższe są na Ukrainie. Białorusini nie potrzebują wizy tylko do Rosji i właśnie na Ukrainę. Chociaż dość sporo z nich ma rodzinę na Litwie lub w Polsce. Wiele osób posiada Kartę Polaka, którą trzeba odnawiać co rok. Zapewnia ona bezproblemowe odwiedzanie Polski. Jeśli nie, to albo trzeba zapłacić 60 euro, co jest tutaj dość dużą kwotą, albo uzyskać czyjeś zaproszenie.

A jak postrzegani są Polacy na Białorusi? Pomimo historycznych zawiłości, za każdym razem kiedy rozmawiam z przypadkową osobą czy to w sklepie, czy na ulicy, ludzie reagują niezwykle poztywnie. Prawie wszysycy zaczynają od „Jeszcze Polska nie zginęła!” z wielkim uśmiechem na twarzy. Później wyliczają jakie miejsca odwiedzili w naszym kraju. Następnie w jakim mieście pracuje ich ciocia, w jakim bratanek, gdzie studiuje syn… Często są to małe miejscowości, w których sama nigdy nie byłam. Czasem wysilają sie na kilka polskich zwrotów, a na koniec życzą wszystkiego dobrego na dalszej drodze. I nigdy nie zapomną zapytać „Jak się podoba Białoruś?”. Chyba znacie odpowiedź.

DSC_5149.jpg

DSC_5160.jpg

Poznajcie, jak zwykle, kilkoro z naszych dzieci.

Oleg, 14 lat. Jest animatorem i wulkanem energii. Najaktywniejszy i najbardziej zmotywowany. Chce w przyszości pracowac z dziećmi.

CSC_4455.jpg

Żenia, 11 latDSC_4960.jpg

Roma, 10 lat. Bardzo rozgadany. Dopiero po jakimś czasie zauważył, że nie rozumiem wszystkiego, co do mnie mówi. Trochę posmutniał. Po godzinie przybiegł do mnie z książeczką po łacinie i z nadzieją w głosie zapytał – „Czy to jest twój język?”DSC_4627.jpg

– Moja mama miała syna, ktory zmarl zaraz po urodzeniu – mówi Siergiej. Niedługo potem narodziłem sie ja. Taki cud, dar od Boga. Mama pracuje w pięciu miejscach. Dlaczego? – pytam. Bo musi wykarmić rodzinę – stwierdza, wskazując na siebie. Cóż, życie bywa ciężkie – dodaje w zamyśleniu.

DSC_5666.jpg

Ponadto, wybraliśmy się niedawno na już ostatnie zakupy dla świelticy w Smorgoniu. Nabyliśmy jeszcze materiały papiernicze, które z pewnością przydadzą się na przynjamniej kilka następnych miesięcy oraz przybory sportowe – piłki, paletki etc.

CSC_5744.jpg

DSC_5785.jpg

 

Świetlice w Oszmianie i Ostrowcu

DSC_4906.jpg

Kilka dni temu pojechaliśmy do dwóch pobliskich miejscowości – Oszmiany i Ostrowca, by zakupić materiały pomocnicze do tamtejszych świetlic. Oszmiana (biał. Aszmiany) to niewielkie miasteczko, oddalone od Wilna o zaledwie 50 km. Znane jest z tego, że jego parafia została założona jeszcze przez Jagiełłę i stanowi jedną z najstarszych Wielkiego Księstwa Litewskiego. Ponadto żartobliwie mówi się, że Oszmiana to Ćigago (sic!) Białorusi, ze względu na domniemane powiązania mafijne.

W tutejszej świetlicy serdecznym uśmiechem powitała nas pani Ania – z pochodzenia Polka, lecz urodzona na tych ziemiach. Mówi dobrze po polsku, choć z silnym wschodnim akcentem. Pogawędziliśmy chwilę przy kawie, dowiedziałam się trochę o historii tego miejsca i trochę o polityce.

Pani Ania bardzo ucieszyła się z zakupów, powiedziała, że materiały z pewnością bardzo się przydadzą. To jedyne miejsce w tym miasteczku, gdzie dzieci mogą aktywnie spędzać czas. Oprócz przyborów papierniczych kupiliśmy gry planszowe i piłki. Ponadto miałam okazję zobaczyć w jaki sposób świetlica zostałam wyremontowana ze środków Polskiej Pomocy.

DSC_4787.JPG

DSC_4768.jpg

CSC_4877.jpg

OszmianaDSC_4812

DSC_4774

Następnie udaliśmy się do Ostrowca, jeszcze jednej niewielkiej mieściny. Tam świetlica remontowana ze środków Polskiej Pomocy nie jest jeszcze ukończona, w międzyczasie dzieci spędzają czas w salce przy zakrystii kościoła. Dostaliśmy listę czego potrzeba najbardziej i zakupiliśmy między innymi przybory papiernicze, piłki, paletki do badmintona i hula-hop.

DSC_4861.jpg

A co słychać w naszej smorgońskiej świetlicy? Codziennie staramy się robić coś innego. Dzieci co chwila pytają kiedy będę wyjeżdżać – nie tylko smuci to ich, ale również i mnie. Przez te trzy tygodnie zdążyłam się do nich przywiązać. Poznajcie kilkoro z nich.

Ania, 8 latDSC_5026dfdf.jpg

Siergej, 10 latDSC_5012.jpg

Siergej nie za bardzo lubi szkołę, bo jak mówi wiele dzieci mu tam dokucza. Lubi natomiast przychodzić tutaj. W przyszłości chce być policjantem, z dumą mówi, że jego brat właśnie został zabrany do wojska. Ale lubi też śpiewać, potrafi ponadto grać na fortepianie, co skwapliwie mi zademonstrował. W domu ma karaoke. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że może zostać śpiewającym policjantem.

Paulina, 11 latCSC_4961.jpg

Ostatnio dzieciom bardzo spodobało się robienie zajączka wychodzącego z cylindra. Dumnie pozowały ze swoim dziełem.

DSC_5047.jpg

DSC_5036

Wczoraj jeden chłopczyk wziął mój aparat i zaczął robić zdjęcia. Zaraz potem utworzyła się kolejka dzieci, każdy chciał spróbować. Wyjaśniłam im jak się posługiwać aparatem, niektórym z nich szczególnie spodobało się fotografowanie.

DSC_5631.jpg

Ponadto często gramy w gry i dużo kolorujemy.

DSC_5118.jpg

DSC_4885.jpg

Czasem po zajęciach śpiewamy i gramy na gitarze. Ku memu zdziwieniu, kiedy poprosiłam o polską piosenkę, wszyscy zgodnym głosem zaśpiewali radośnie „Niech żyje wolność i swoboda”.

DSC_5001.jpg

 

 

 

 

 

„Nie porzucajcie mowy naszej…”

CSC_4420.jpg

Język to nie tylko narzędzie komunikacji. Język to pierwsza rzecz, która łączy naród i ostatnia, która z nim umiera. Na podstawie języka można prześledzić historię i pochodzenie grup etnicznych, jak jest w przypadku Romów. Czasami język to jedyna rzecz, która spaja naród, kiedy nie pozostało już nic innego. Dlatego w czasach okupacji tak istotna staje się mowa ojczysta oraz to, aby ją zachować, czy to w formie wydawania podziemnych pism, czy tworzeniu pieśni i literatury patriotycznej. Bowiem wraz z językiem umiera ważna część naszej kultury, umiera część nas samych.

Języki świata fascynują mnie od zawsze, sama znam ich kilka i nigdy nie chciałabym ustać w uczeniu się następnego, i następnego. Uwielbiam poznawać etymologię słów, porównywać gramatykę odległych od siebie dialektów, uczyć się nowych alfabetów. W języku tkwi cały wszechświat; to nie tylko środek do komunikacji ze światem, ale sposób myślenia i odbierania tego świata, spójny z kulturowym przedstawieniem i interpretowaniem rzeczywistości. Przykładów jest mnóstwo, jednym z nich może być wyrażanie czasu w języku hindi. W przeciwieństwie do nas, Europejczyków, którzy postrzegają czas linearnie, w Indiach postrzega się czas w sposób cykliczny. Nie istnieje tam oddzielne słowo na „wczoraj” i „jutro”, lecz jedno i to samo – kal.

Na Białorusi używa się obecnie dwóch języków – białoruskiego i rosyjskiego. Ten drugi jest znacznie bardziej rozpowszechniony, stosuje się go nie tylko w urzędach czy na ulicach, ale również w domach. Po rosyjsku śpiewają białoruscy muzycy, po rosyjsku dzieci uczą się w szkołach.

Językiem białoruskim mówi dzisiaj około 5 mln osób. Został on uznany przez UNESCO za zagrożony wymarciem. Ilość osób posługujących się nim czynnie jest coraz mniejsza. Szacuje się, że tylko trochę ponad 20% Białorusinów stosuje język ojczysty w domu. Być może dlatego w ostatnich latach, w niektórych kręgach można zauważyć pewne odrodzenie. Mówi się, iż białoruski uważany jest za język szlachetny, coraz więcej osób chce go słuchać i w nim się porozumiewać. Nadal pamięta się słowa Franciszka Bohuszewicza, białoruskiego pisarza i poety: „Nie porzucajcie mowy naszej białoruskiej, abyście (sami) nie umarli”.

DSC_4274.jpg

Jeszcze niedawno język białoruski był uważany za prowincjonalny, dziś wiele osób stara się przywrócić mu świetność. W Mińsku pojawiają się organizacje, które dają darmowe lekcje języka białoruskiego. Zaczynają powstawać szkoły, gdzie zajęcia prowadzone są w po białorusku, choć to nadal rzadkość. Zwykle dzieci mają więcej zajęć w tygodniu z języka angielskiego, niż tego ojczystego.

Odkąd jestem w Smorgoniu, porozumiewam się w różnych językach. Białoruski jest znacznie bardziej zrozumiały dla Polaków, niż rosyjski. Brzmi dla mnie jak połączenie tych dwóch. Język polski natomiast Białorusini w tych stronach rozumieją dość dobrze – jak mówią żartobliwie, to „język czystej wiary”, odnosząc się do mszy prowadzonych niegdyś niemal tylko w języku polskim. Dzisiaj to się zmienia i księża są dumni prowadząc msze w języku białoruskim. To jedno z nielicznych miejsc publicznych zgromadzeń, gdzie można usłyszeć ten język.

Tak więc, choć między sobą Białorusini posługują się raczej rosyjskim, do mnie wiele osób mówi po białorusku – ja odpowiadam po polsku i rozumiemy się dość dobrze. Często Białorusini podczas rozmowy mieszają rosyjski i białoruski nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Kiedy pytam ich w jakim języku właśnie przemówili, czasem zastanawiają się chwilę, nim odpowiedzą.

Paradoksalnie najwięcej słyszę (i uczę się) tu słowackiego – mój mentor spędził kilka lat na Słowacji, ja mam przyjaciółkę Słowaczkę i całkiem dobrze rozumiem ten język, dlatego słyszę go tu najczęściej. Dzieci w świetlicy natomiast mówią do mnie tylko po rosyjsku.

Sama staram się nauczyć rosyjskiego, jako że jest to język niezwykle praktyczny, szczególnie w podróży, a ponadto podoba mi się jego brzmienie. Po raz pierwszy w życiu ucząc się języka obcego mogę czerpać z tego ojczystego i to w znaczącym stopniu. Język rosyjski nie wydaje się być trudny, szczególnie dla Polaków – istnieją tylko trzy czasy, wiele słów jest bardzo podobnych do naszych i mowy staropolskiej. Z drugiej strony, właśnie ta pozorna łatwość może nas zgubić. Dla mnie najtrudniejszą rzeczą jest akcent – nie ma jednej reguły na jaką sylabę padnie. Ciekawostką mogą być tzw. fałszywi przyjaciele, których niemało – np. po rosyjsku „niedziela” to tydzień, „czas” to godzina, a „zapomnij” to zapamiętaj.

„Ul. Minskaja” w języku rosyjskimDSC_4354-kopia.jpg

Mówiąc o języku nie sposób nie wspomnieć o naszym wieszczu narodowym Adamie Mickiewiczu. Jednak czy aby na pewno naszym…? Zwykle słyszy się o odwiecznym sporze między Litwinami i Polakami o to, jakiej narodowości był tak naprawdę Mickiewicz. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że tutaj, na Białorusi, wszyscy uważają go za swojego; czystej krwi Białorusina. Ostatnio miałam okazję odwiedzić pobliski Nowogródek, gdzie wychował się Mickiewicz. Piękna willa otoczona drzewami, z licznymi pokojami, w których można zobaczyć jego listy, osobiste przedmioty i wiele innych eksponatów. Niedaleko miasteczka znajduje się słynne jezioro Świteź. Sama droga była niezwykle piękna, nic dziwnego, że przyroda tego regionu natchnęła Mickiewicza do napisania tak wielu dzieł.

Dom Adama MickiewiczaDSC_4321.jpg

DSC_4352

DSC_4340

DSC_4350.jpg

DSC_4314.jpg

To, co pozostało z zamku w NowogródkuDSC_4388.jpg

RynekDSC_4317.jpg

DrogaCSC_4880.JPG

I mijane krajobrazyCSC_4837

CSC_4844.jpg

CSC_4836

Tak wyglądają przystankiCSC_4882.jpg

A tak stogi siana 🙂CSC_4881.jpg

Z życia świetlicy

DSC_4450

Czas mija bardzo szybko, a w świetlicy dzieje się coraz więcej.

Kilka dni temu pojechaliśmy znowu na zakupy do Mińska, tym razem z listą potrzebnych materiałów papierniczych. Za dwa tygodnie zaczyna się przerwa jesienno-zimowa w szkole, dlatego przybory bardzo się przydadzą – dzieci spędzają wtedy większość dnia w świetlicy. W przyszłym tygodniu mamy zamiar zaopatrzyć z pozostałych środków podobne świetlice w dwóch pobliskich miejscowościach, Oszmianach i Ostrowcu.

DSC_4293

DSC_4289

DSC_4291

Miałam okazję poznać już większość dzieci  – są niezwykle otwarte oraz ciekawe skąd pochodzę i po co tu przyszłam. Przyjazd obcokrajowca to oderwanie od monotonii i poznanie czegoś nowego. Porozumiewam się z nimi łamanym rosyjskim, czyli takim, jakiego zdążyłam nauczyć się w miesiąc – komunikacja nie jest jednak tak trudna, jak się wydaje, często pomagają mi starsze dzieci, które znają nieco języka polskiego i angielskiego.

DSC_4447

DSC_4432

Świetlica jest nie tylko pożyteczna dla dzieci, ale także pracujących tu animatorów – wolontariuszy. Jest ich kilkoro, każdy przychodzi w inny dzień tygodnia. Nie zawsze regularnie, ale zajęcia w świetlicy sprawiają im wiele radości. Większość z nich planuje pracować z dziećmi zawodowo – poznałam kilku byłych animatorów, którzy przyjeżdżają w odwiedziny z Mińska – dziś pracują tam jako nauczyciele, pracownicy socjalni itp. Różne parafie z regionu organizują wspólnie co jakiś czas formację – treningi dla nowych animatorów. W ten weekend jeden właśnie odbywa się w Mińsku, wyjechali wszyscy z naszej parafii, zostałam tylko ja i dwie siostry.

Jedną z młodych animatorek jest Olga – wesoła 13-latka, która jak mówi, spędziła w świetlicy całe swoje życie. Olga mówi dobrze po angielsku i w przyszłości zamierza zostać profesjonalną animatorką. Tutaj znajduje swoje spełnienie – poświęca swój czas dzieciom; nie tylko organizuje im zabawy, ale i uczy jak być dobrym człowiekiem.

DSC_4617

Wczoraj, 14 października, na Białorusi obchodzono Dzień Matki. Nie jest on tak uroczysty, jak u nas, dowiedziałam się za to, że niezwykle ważnym świętem jest tutaj Dzień Kobiet. Wszyscy mają dzień wolny od pracy, miasto zamienia się w jeden wielki bazar, gdzie można kupić każdą odmianę kwiatów. Ulicami przechodzą uroczyste procesje i żadna osoba płci żeńskiej nie pozostaje tego dnia bez upominku.

Dzisiaj natomiast świętowaliśmy jesienne imieniny. Aby nie robić tego codziennie, trzy razy w roku organizowane jest właśnie takie grupowe celebrowanie imion, kiedy to odprawiana jest specjalna msza z udziałem dużej liczby dzieci, po której zapraszane są one na teatrzyk, gry i poczęstunek.

DSC_4593

DSC_4509

jhj

Ponadto, kilka dni temu przeprowadziłam prezentację dotyczącą mobilności młodych ludzi oraz możliwości, jakie ona oferuje – sama miałam szansę uczestniczyć w tym roku w trzech szkoleniach międzynarodowych, czym mogłam podzielić się z publiką. Programy, w których brałam udział finansowane są również dla krajów takich jak Białoruś, z czego niewiele osób zdaje sobie tutaj sprawę. Białorusinom nie jest łatwo wyjechać z kraju, zarówno ze względów finansowych, jak i politycznych.

DSC_446722

DSC_4469

 

 

O Smorgoniu słów kilka

DSC_4101sdsds

Smorgoń? No pacziemu Smorgoń?! – Za każdym razem kiedy poznaję nową osobę, szczególnie młodą, w moim kierunku pada to pytanie. Dla kogoś wychowanego tutaj, w małym miasteczku z niewielkimi perspektywami, wydaje się to nieco dziwne, że ktoś z Polski (czyt. „Zachodu”) zdecydował się tu pomieszkać. Dopiero kiedy tłumaczę im cel mojego pobytu, kiwają głową ze zrozumieniem.

Mnie samą, która pochodzi z niewielkiego miasta, zawsze zaskakiwało kiedy spotykałam obcokrajowców wyrażających szczere zainteresowanie moją mieściną. Dla mnie, tych kilka znanych na wyrost ulic, małych sklepików i szarych bloków nie stanowiło nigdy większej atrakcji. Jednak dla ludzi z zewnątrz to zupełnie odmienny świat, kompletny w swojej maleńkości.

Teraz rozumiem ich zachwyt, nad tym co wydawać by się mogło zwyczajne, niemal nudne.  Nigdzie nie poznamy tak dobrze kultury kraju, jak na wsiach i w małych miejscowościach, gdzie ludzie żyją tak samo od lat, a  globalizacja jeszcze nie zdążyła zostawić swego piętna.

O Białorusi słyszy się niewiele. I jeśli już to w kontekście politycznym. Ja chciałam dowiedzieć się czegoś więcej, niż to, o czym możemy przeczytać w gazetach. Chcę zobaczyć życie codzienne zwykłych ludzi, co jadają, jak się ubierają, o czym myślą, kiedy czekają na dzieci przychodzące ze szkoły, czy młodzi mają takie same smutki i radości jak my. Chcę wiedzieć jakimi gestami witają przyjaciół,  o czym gawędzą siedząc przy popołudniowej kawie. Małe detale zdawałoby się, jednak to dzięki nim jesteśmy tak różni, a zarazem tak wyjątkowi.


Smorgoń, czy też Smargoń (po polsku tłumaczony jest – „Smorgonie”, ja będę stosować białoruską wersję) znajduje się na granicy Obwodu Grodzieńskiego. Niegdyś należał do dawnego województwa wileńskiego. Miasto wchodziło w skład II Rzeczypospolitej, dlatego do dziś w wielu jego mieszkańcach płynie polska krew. Dość dużo osób rozumie język polski, już mniej potrafi się nim czynnie posługiwać. Jeszcze pod koniec XIX większość ludności stanowili Żydzi, ewakuowani w czasie I wojny światowej.

Niedaleko znajduje się wiele historycznych miejsc, między innymi Krewo, gdzie podpisana została Unia Polsko-Litewska, którą przypieczętował ślub Jagiełły z Jadwigą. Dziś po historycznym zamku pozostały już tylko ruiny. Ponadto, dwie godziny drogi stąd znajduje się Nowogródek, gdzie można zobaczyć dom rodzinny Adama Mickiewicza.

Zabytków w Smorgoniu jest niewiele – ten najbardziej znany to renesansowy Kościół Świętego Michała Archanioła z pierwszej połowy XVII wieku. Jego historia jest dość burzliwa, pierwotnie należał do Kalwinów, a został wybudowany na miejscu drewnianego kościoła protestanckiego. Następnie przeszedł we włości prawosławnych, później katolików. W czasie komunizmu służył jako skład, sklep oraz muzeum, by w 1990 zostać oddanym ostatecznie w ręce Kościoła katolickiego.

DSC_4306

Zaraz obok kościoła znajduje się cerkiew prawosławna Przemienienia Pańskiego wybudowana w XXI wieku. Świątynia ta to największy budynek w Smorgoniu, widoczny z wielu punktów miasta.

DSC_4189

Smorgoń często pojawia się w patriotycznych przyśpiewkach i poezji białoruskiej. Niedaleko mieszkał znany pisarz Franciszek Bohuszewicz, autor słów „Nie porzucajcie mowy naszej białoruskiej, abyście (sami) nie umarli”.

Co ciekawe, znajdowała się tu kiedyś Akademia dla trenowania niedźwiedzi cyrkowych. Powstała już na początku XVII wieku, ale swój szczyt przeżywała za Radziwiłłów, około sto lat później. Niedźwiedzie uczono bić się z innymi niedźwiedziami, psami, a nawet ludźmi. Nie brakowało też tańca, ukłonów i innych komediowych sztuczek. W pobliskim parku możemy zobaczyć pomnik upamiętniający Akademię.

DSC_4178

W końcu wybrałam się na pierwszy spacer. Miasto jest bardzo czyste, zresztą jak większość miejscowości na Białorusi. Z placu centralnego spogląda na nas pomnik Lenina. Smorgoń jest dość rozległy, lecz główna ulica jest niewielka. Okalają ją liczne osiedla; rzędy kilkupiętrowych bloków, a przed każdym mały plac zabaw. Niska zabudowa, socjalistyczny klimat. To trochę jak podróż w czasie do Polski sprzed dwudziestu lat. Na ulicach można spotkać jeszcze stare samochody, poza miastem drewniane furmanki ciągnięte są przez konie. Niemal na każdym kroku sklep zoologiczny i kioski, gdzie sprzedają mydło i powidło. Jedno kino i kilka Kafe. Na uniwersytet młodzi muszą jechać do Mińska. Już bardzo blisko centrum znajdują się rzędy domków jednorodzinnych, drewnianych, kolorowych, z małym ogródkiem wokół. A zaraz przy nich bloki mieszkalne. Ale jest też rzeka i są lasy. Wystarczy, że przejdę kilka przecznic dalej, by znaleźć się w innym świecie.

DSC_4213

DSC_4216ghhj

Dość interesujące są budynki rządowe, których tutaj dużo; na wielu z nich widnieje czerwona gwiazda, niestety tych nie można fotografować. Chyba nie muszę wspominać, że turystów tutaj brak. Widząc mnie z aparatem na ulicy, miejscowi od razu zauważają, że nie jestem stąd. Już po kilku dniach wszyscy wiedzą, że przyjechała pewna Polka. Odkąd tu jestem deszcz niemal nie przestaje padać.

DSC_4308

rere.jpg

DSC_4275

CSC_4267

 

 

 

Pierwsze zakupy

Nazajutrz zapoznaję się z mieszkańcami i pracownikami ośrodka. Cały ranek spędzamy na sprawach organizacyjnych – dowiaduję się jakie zadania mnie czekają, jak wygląda rozkład dnia, oglądam sale, w których prowadzone są zajęcia oraz świetlicę, gdzie będę spędzać większość czasu. Jutro wybierzemy się do Mińska na pierwsze zakupy, dlatego musimy już dziś zrobić rozeznanie czego nam potrzeba.

Oglądam też odnowioną salę zwaną tutaj „Kafe”, czyli rodzaj kawiarni/stołówki- w mieście bardzo często można trafić na takie właśnie przybytki, czasem jest to zwykła kawiarnia, a czasem coś na wzór baru mlecznego. Stołówka została wyremontowana dzięki wsparciu Caritas i programowi Polska Pomoc. Autorką pięknych malunków na ścianach jest moja sąsiadka, również wolontariuszka, pochodząca z Mińska.

ffdf

rtete

jyuytuy

uyiyi

Tego samego dnia jedziemy do lokalnego urzędu imigracyjnego, aby dokonać meldunku. Oprócz paszportu należy okazać dowód ubezpieczenia i zapłacić 23 ruble. Na szczęście Smorgonie to małe miasteczko – wszyscy się tutaj znają. Urzędnik od razu rozpoznaje mojego kompana i pomaga nam wypełnić świstki rzucając raz po raz ciętym żartem. Poznaję też jedno z pierwszych rosyjskich słów, które z pewnością mi się przyda – szutnik, czyli żartowniś. Dostaję maleńką karteczkę z pieczątką, której muszę uważnie pilnować i pokazać na granicy przy opuszczaniu kraju.

Następnego dnia jedziemy do Mińska na pierwsze zakupy. Samochodem to niecałe dwie godziny od Smorgoni. Drogę trudno nazwać autostradą, choć jest w dobrym stanie, dość szeroka i z niewielką ilością samochodów. Po drodze mijamy malownicze drewniane domki, każdy o innym kolorze, otoczone pstrokatymi płotkami. To typowa zabudowa dla Białorusi.

W sklepie kupujemy część materiałów papierniczych potrzebnych do zajęć, ale również gry planszowe i karciane – to tym się głównie zajmują dzieci przychodząc do świetlicy. Te kilka gier, które tu zastałam było już w bardzo złym stanie; brakujące elementy, wielokrotnie posklejane plansze, roztargane karty.

gfgfdg

Nowe gry i materiały

fgdgfd

fgfdgfdg

Świetlica otwarta jest codziennie, oprócz poniedziałków. Młodsze dzieci przychodzą zazwyczaj około 15:00, starsze – o 18. To jedno z niewielu miejsc w mieście, które oferuje młodym sposób na kreatywne spędzanie wolnego czasu. Często odbywają się tu koncerty, wydarzenia kulturalne, zawody sportowe. Czasami świetlicę odwiedzają animatorzy, którzy organizują dzieciom czas. Jest stół do ping-pongu, piłkarzyki i paletki do badmintona.

Pod parafią znajduje się około 1000 dzieci, lecz na sali przebywa zazwyczaj 15-20 osób, czasem mniej. Brakuje materiałów, gier i stałych animatorów, którzy mogliby przyciągnąć ciekawymi zajęciami. Dzieci pochodzą z różnych rodzin, często ubogich. Nastolatkowie, szczególnie w zimę, nie mają wiele możliwości spędzania wolnego czasu. Mam nadzieję, że podczas mojego pobytu uda mi się nieco ożywić to miejsce i obudzić w dzieciach nowe pasje.

Początki

Przekraczanie granicy państwa to nie tylko fizyczne rozpoczęcie podróży, to też przekraczanie wewnętrznych granic, wyjście ku temu, co nieznane. Dla mnie to moment dość ważny, choć podróżując po Europie już często tego nie doświadczamy. Moje przekraczanie granicy zaczęło się w Kuźnicy Białostockiej, około 20 km od Grodna. Pociąg stał na stacji aż godzinę, polska straż graniczna skrupulatnie sprawdzała paszporty. Już tutaj pojawiły się szyldy i napisy w cyrylicy, pasażerowie również  coraz częściej rozmawiali po rosyjsku i białorusku. Jeszcze minie trochę czasu zanim nauczę się rozróżniać te dwa języki.

CSC_4136

Po godzinie pociąg ruszył dalej i po niedługiej chwili zatrzymaliśmy się znowu, tym razem, by okazać paszporty białoruskiej straży. W końcu ruszamy do Grodna. Okazało się, że właściwe przejście graniczne znajdowało się dopiero na dworcu kolejowym. Wychodząc z pociągu ujrzałam ogrodzony peron, oblegany przez strażników. Ruszyliśmy do środka, by przejść odprawę w okienkach, podobną do tej na lotniskach. Otrzymałam szereg pytań po rosyjsku, ale jako że znam zaledwie kilka słów, komunikacja okazała się dość nerwowa. Pani usilnie próbowała mi przekazać, żebym nie zapomniała zameldować się jak tylko dotrę na miejsce. Każdy obcokrajowiec na Białorusi ma obowiązek takiej rejestracji w lokalnym urzędzie migracyjnym, jeśli jego pobyt przekracza 5 dni. W końcu udało mi się przejść za bramkę, a nawet uniknąć sprawdzania bagażu – strażnik uśmiechnął się i wskazał wychód.

Czekała tam już na mnie Natalia pracująca dla lokalnego oddziału Caritas. To ona miała mnie poinstruować co do dalszej podróży. Podwiozła mnie do biura, gdzie poczęstowano mnie obfitym posiłkiem (między innymi naleśniki z salami i pomidorami, dość niecodzienne połączenie). Natalia dowiedziawszy się ile mam lat, ze zdziwieniem pytała dlaczego nie mam męża i kiedy planuję założyć rodzinę. Jak się później okazało, to pytanie będzie pojawiać się bardzo często – tutaj większość kobiet po 22. roku życia jest już zamężnych. Poznałam Helenę, koordynatorkę Caritas Grodno i dowiedziałam się też, ze za godzinę mam autobus do Smorgoni – wykorzystałam ten czas na wycieczkę do banku, by zamienić pieniądze. W przeciwieństwie do Polski, tutaj najkorzystniejszy kurs oferowany jest właśnie przez banki. W tamtym roku nastąpiła w Białorusi denominacja rubla, który utracił cztery zera, jednak czasem nadal można spotkać stare banknoty. Grodno pozwiedzam przy innej okazji, jednak na pierwszy rzut oka przypomina mi trochę Kijów. Nie da się też niezauważyć pomnika Lenina, który pojawia się w wielu białoruskich miastach i wielkiego Teatru Lalek – chyba dość popularnego w tych stronach.

Białoruś powitała mnie deszczem, lecz ludzie ugościli mnie z wielką serdecznością. Jak się później miałam przekonać, Białorusini są niezwykle towarzyscy i posiadają wspaniałe poczucie humoru. Idąc ulicą zdawałoby się inaczej, jednak po krótkim zapoznaniu szybko otwierają swoje serca.

Podróż lokalnym autobusem to już przygoda sama w sobie. Sam pojazd widział poprzednią epokę, a rosyjskie szlagiery puszczane przez kierowcę, zagłuszane są przez „Despacito” z telefonu młodych pasażerów. Co chwila przerwa na toaletę. Krajobraz Białorusi, a przynajmniej w Okręgu Grodzieńskim, to głównie pola, lasy, wsie i mniejsze miasteczka.

W końcu docieram na miejsce. Zasypiam z trudem i niecierpliwie czekam na to, co przyniesie następny dzień.